Wywiad z zespołem Paradise Lost
by redaktor serwisu on Czerwiec 11, 2007

To miał być wywiad telefoniczny. Tak umówiliśmy się w wytwórni. Nastawiłem się więc na dłuższą pogawędkę z Gregiem Macintoshem, gitarzystą grupy Paradise Lost. Niestety. Na skutek kilku nieszczęśliwych wypadków nie mogłem z nim porozmawiać przez telefon. Zdecydowałem się na ostateczność. Wysłałem więc swoje pytania mailem. Greg, jak się okazało, nie przepada chyba za tą formą kontaktu…
Cześć Greg. Powiedz mi na początek – czy wierzysz w Boga?
Nie.
Podobnie jak John Milton twierdzisz, że raj został utracony (Paradise Lost – przyp. MB). Jak w takim razie mógłbyś opisać to co w tym momencie dzieje się na świecie?
Obecnie świat jest zupełnie popieprzony. Gatunek ludzki zawsze miał skłonności do samodestrukcji. Myślę jednak, że ostatnio przyspieszyliśmy jeszcze bardziej ucieczkę w zapomnienie.
Jak wyobrażasz sobie raj?
Raj? Przecież on nie istnieje…
Muzyka metalowa przedstawia skrajnie pesymistyczną wizję świata. Czy Ty również jesteś pesymistą w życiu codziennym?
Zgadza się. Uważam się za skrajnego pesymistę.
Jestem bardzo ciekawy w takim razie co Ci się śniło zeszłej nocy…
Hmmm. Nie pamiętam niestety. Moje sny są zazwyczaj mocno erotyczne.
W tym roku wystąpiliście w Polsce w ramach festiwalu Metalmania. Jak wspominasz ten koncert?
Tempo festiwalu wyglądało na mocno wyśrubowane, ale za to publiczność była po prostu świetna. To był dla nas wyjątkowy moment. Niestety nie mieliśmy czasu nacieszyć się tym wszystkim, ponieważ zaraz po koncercie pędziliśmy prosto na lotnisko. Stwierdziliśmy wtedy, że świetnie by było zatrzymać się tu na chwilę i poczuć klimat Polski.
Polscy fani uwielbiają Paradise Lost. A Ty co o nich myślisz?
Nasza kapela zawsze miała silne więzi z Polską. Wszystko zaczęło się w 1992 roku, kiedy pierwszy raz zagraliśmy w Twojej ojczyźnie. Nasi polscy fani są po prostu świetni. Uwielbiamy dla nich grać.
Za to publika w Waszej Ojczyźnie – Wielkiej Brytani – pozostawia wiele do życzenia. Bardzo mało osób słucha tam Waszej muzyki. Dlaczego tak się dzieje?
To w dużej mierze zasługa mediów. Muzyczne magazyny na Wyspach wolą promować amerykańskie cover bandy, niż nas. To jednak nam nie przeszkadza. Na każdym koncercie w naszym kraju przychodzi mnóstwo fanów.
Wolicie grać samodzielne koncerty przy mniejszej, ale wierniejszej grupie osób, czy może na wielkich festiwalach przy wielotysięcznej publice?
Wielkie festiwale mogą przynieść mnóstwo radości i zabawy, ale my tak naprawdę wolimy grać koncerty dla naszej publiczności, która bardziej świadomie odbiera naszą muzykę.
Granie koncertu tak energetycznego jak Wasz musi być cholernie ciężkie. Jak w takim razie relaksujesz siępo występie?
Przed koncertem a także w jego trakcie pije mnóstwo alkoholu. Dlatego też już po samym występie nie piję dużo. Podczas długich tras koncertowych wolę jednak pić dużo wody i oglądać filmy.
W swojej dyskografii macie mnóstwo hitów. Który z nich jest Ci najbliższy?
Myślę, że jest to utwór „One second”. Jest to numer równie prosty co przebojowy.
Co chciałbyś powiedzieć ludziom, którzy twierdzą, że Paradise Lost skończył się na płycie „Draconian Times”?
Do widzenia.
Poczekaj jeszcze chwilę (śmiech). Powiedz jak wspominasz nagrywanie Waszej ostatniej płyty „Requiem”?
Wspominam całkiem miło. Było wspaniale wybrać się do Vancouver w celu nagrania tej płyty. Pracowaliśmy nad nią na prawdę bardzo solidnie.
Na koniec pomyślmy o przyszłości. Jak wyobrażasz sobie Wasz zespół w 2015 lub 2030 roku?
Nie wybiegam myślami w przeszłość poza granicę następnych 24 godzin. W 2015 lub 2030 roku możemy być martwi. Wszyscy.
Faktycznie, ekstremalny z Ciebie pesymista. Dziękuję za rozmowę.
