Pinnawela – Soulahili
by Marcin Kubicki on Kwiecień 25, 2008

Sistars w żadnym momencie swojej krótkiej kariery nie przyprawiały mnie o szybsze bicie serca. Niezbyt odkrywcza muzyka jak na światowe standardy zyskała jednak w Polsce duży rozgłos, bo „tego jeszcze u nas nie było”. Świetny wzorzec i poprawne wykonanie do którego nie można się przyczepić, ot cała recepta na sukces. Czy rozpadnięcie się zespołu i nagranie przez obie siostry własnych, solowych płyt, coś tu może zmienić? Na pierwszy ogień poszła młodsza z nich – Paulina Przybysz.
Kilka dni temu zapytałem Hirka Wronę o to, co takiego widział w Sistars czego ja nie mogłem zobaczyć. Liczyłem na jakąś ostrą polemikę i rzucanie mięsem. On odparł jednak, że wszystkie osoby w zespole potrafiły robić to co do nich należało. Można im było zarzucać wtórność, ale warsztat miały naprawdę dobry. W tym punkcie mogłem jedynie spuścić głowę i przytaknąć, bo nie można się z takim osądem kłócić. Po premierze świetnego „Sexi Flexi” Natalii Kukulskiej przy której to płycie pracował Bartek Królikowski i Marek Piotrowski, jeszcze bardziej przekonałem się do tego, że koniec Sistars to absolutnie nic straconego, a wręcz może przyczynić się do powstania innych, ciekawych płyt. Pinnawela miała wobec tego podwójnie trudne zadanie żeby mnie przekonać. Największy plus na pewno dostałaby gdyby mnie zaskoczyła. Na to jednak jak się okazało, nie miałem co liczyć.
Nie wiem co i czy cokolwiek oznacza nowa ksywka Pauliny, ale stawiałbym na to, że to jakaś polska odmiana małpki albo papugi bardzo podobnej do tych zza oceanu. W najprostszym ujęciu płyta ta to amerykański neo-soul nagrany przez naszą krajankę. Porównując z resztą rynku polskiego – nie ma z kim porównywać, stawiając w jednej linii z koleżankami z USA nasza reprezentantka sromotnie przegrywa pod względem braku naturalnej swobody i artykulacji na poziomie pań Badu, Stone czy Scott. Zupełnie oddzielną kwestią jest: czy podoba nam się przedrostek neo w gatunku w którym nagrywa Pinnawela. Mamy tu bowiem do czynienia z soulem doprawionym hip-hopowymi beatami, r’n'b i wstawkami charakterystycznymi dla lat 90-tych. Z drugiej strony nie ma co ukrywać, że jeśli materiał zostałby nagrany w duchu korzeni soulu lat 60-tych nie tak łatwo byłoby przykryć pewne niedoskonałości tej zrzyny z amerykańskich standardów. A takto można dać tu mocniej buczący basik, tam stukoczącą perkusję i jakoś jedzie się dalej…
Pinnawela – My man
[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=k54NzubEpXs[/youtube]
Solowe dokonanie Pauliny jest bardziej spójne niż to co robiło Sistars – to fakt. Jednocześnie z oczywistych względów jest ono bardziej monotonne. Nadal jest to materiał bardzo relaksujący i rozluźniający, inspirowany największymi nazwiskami czarnej muzyki. Dźwięki bujają i nie ma wśród nich miejsca na elementy wywołujące grymas na twarzy. Są jedynie braki. Chciałoby się zauważyć, że ta płyta ma charakter, że jest manifestem indywidualności. Marzy się więcej emocji, niekoniecznie wyrażonych w decybelach, choć i momentami większa intensywność „Soulahili” pewnie by pomogła temu wydawnictwu. Jestem w stanie założyć się, że gdyby teksty były zaśpiewane po polsku, byłby to wielki hit na naszym rynku, przynajmniej komercyjny. Liryki są jednak angielskie, wokal, chórki i sama muzyka szablonowa, co sprawia, że jedynie wielki patriotyzm może zachęcić do sięgnięcia po tę płytę. Każdy trzeźwo oceniający ten materiał słuchacz, będzie wolał sięgnąć po genialne „New Amerykah Part One (4th World War)” Eryki Badu, niż po solowy debiut Pauliny.
W ogólnym rozrachunku okazuje się, że choć działalność Sistars i Pinnaweli różni się to jednak mają ten sam problem z wtórnoscią. Tak samo również nie sposób jest krytykować ich bez opamiętania, pamiętając o wspomnianym warsztacie artystycznym. Czy w przypadku Natu będzie lepiej? Głęboko w to wierzę, choć ponownie może okazać się, że mamy do czynienia z taką wokalistką jaką jest jej siostra – tylko fanka Prince’a, Lauryn Hill i Mos Defa, wykorzystująca dobry głos do niczego nie wnoszącego do muzyki naśladownictwa.
ocena: 5/10
