Manic Street Preachers – Journal For Plague Lovers [recenzja płyty]
by Pawel Soja on Maj 15, 2009
Na tej płycie można by zbić fortunę.Przed Wami recenzja nowego wydawnictwa Manic Street Preachers – „Journal For Plague Lovers”.
Nie dość, że Walijczycy stosunkowo szybko wracają na scenę i to po przełomowym – bo wyciągającego ich z muzycznej niziny – krążku ‘’Send Away The Tigers”, to jeszcze wkoło obwieszczają światu, że ich dziewiąty studyjny longplay został nagrany w duchu poprzedniej dekady i zawiera spuściznę po zaginionym w niewyjaśnionych okolicznościach gitarzyście Richey Edwardsie, w postaci tekstów, które po brzegi wypełniły ‘’Journal For Plague Lovers”. A co bardziej nie pociąga i interesuje publiki niż płyta nagrana z udziałem zmarłej osoby.
Ideał przyświecający wydaniu tej płyty (wspomnienie kolegi, odświeżenie brzmienia poprzez cofnięcie się w czasie, w końcu pomoc fundacji prowadzającej poszukiwania osób zaginionych) wygrał jednak z bezmyślną lożą konsumentów i dziennikarzy szukających sensacji. Śmiało można napisać, że ‘’Journal For Plague Lovers” dorównuje, o ile nie przebija ostatnich dokonań Jamesa Bradfielda i jego kolegów. Znów zagrali to we czterech.
Wydawać by się mogło, że cofnięcie wskazówek o ponad 15 lat może skończyć się muzycznym samobójstwem, szczególnie w wykonaniu takich weteranów jak Manic Street Preachers. Nic bardziej mylnego. Ich nowa płyta bije po uszach tą samą wiązką energii co kultowe ‘’The Holy Bible” z 1994 roku. Podobieństw jest tu co niemiara. Począwszy od naprawdę mocno ograniczonych w czasie kompozycji, przez surowe i pokazujące tyłek stacjom radiowym brzmienie, aż po wspomniane teksty oryginalnego gitarzysty zespołu.
I to właśnie strona tekstowa najbardziej absorbuję uwagę. Wszystkie liryki – i to bez wyjątku – zostały napisane w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych i są utrzymane w nastroju swoich czasów, gdy w Wielkiej Brytanii klasa średnia szukała oparcia w rodzącym się i traktującym o nich britpopie, a wszelkie próby kształtowania się na muzyczne shock-celebrities były od razu skutecznie ‘’gaszone” przez nurty prawdziwych i bacznie obserwujących życie artystów. Taki był Edwards, który na ‘’Journal Plague Lovers” jako obecny duchem członek zespołu podejmuje tematy konsumpcjonizmu, egzystencji człowieka, nowoczesnych chorób oraz czerpie z życia sławnych ludzi pokroju Marlona Brando.

