Coma – Hipertrofia [recenzja płyty]

by Michał Baniowski on Listopad 26, 2008

Rok 2004 – „Pierwsze wyjście z mroku”, rok 2006 – „Zaprzepaszczone Siły Wielkiej Armii Świętych Znaków”, rok 2008 – „Hipertofia”. Z regularnością szwajcarskiego zegarka Coma wydaje coraz lepsze
i dojrzalsze albumy.

Debiut okrzyknięty został „wydarzeniem”, druga płyta potwierdziła i umocniła pozycję grupy. A co z trzecią? Do niedawna jedyną „pożywką” fanów i dziennikarzy były spekulacje i dostarczane przez zespół newsy. Dziś już wiadomo, że „Hipertrofia” to zupełnie nowa jakość w twórczości łódzkiego zespołu.

Po pierwsze jest to pierwsze w pełni koncepcyjne dzieło zespołu. Jak mówi sam Piotr Rogucki, motywem przewodnim jest kumulowanie mocy. Spokojnie, nie będę nikomu zabierał przyjemności swobodnej interpretacji. Jedynie zaznaczam, bo w kontekście tego wydawnictwa jest to istotna wiadomość. Zachęcam do zgłębienia „Dzienników Michała Dworzanina” dostępnych na oficjalnej stronie Comy.

Jednak „nowa jakość” nie odnosi się jedynie do samego konceptu. Już samo brzmienie wyróżnia „Hipertrofię” na tle poprzedniczek. Wcześniejsze płyty, a w szczególności „Pierwsze wyjście z mroku”, obfitowały w mięsiste ściany gitar, gęste riffy i intensywną grę perkusji. Omawiany album również nie stroni od podobnych rozwiązań („Transfuzja” ), aczkolwiek wzbogacone zostały one o uroczo ascetyczne aranżacje („Lśnienie”), zaskakujące elementy trip hopu („Wola istnienia…”),charyzmatycznej elektroniki w stylu Locomotivesun („Osobowy”), a nawet stylowego jazzu („Emigracja”).

Coma – Transfuzja [Radio Edit]

Page: 1 2